niedziela, 17 lutego 2013

10 lipca - najszczęśliwszy dzień mojego życia :3



W końcu udało mi się napisać kolejną notkę. Co tu dużo pisać na rozpoczęcie? Zapraszam do czytania. 
Zanim zapomnę na facebooku została założona strona, która powiadamia o nowych notkach. Nie zdradzę nazwy tu. Jeśli ktoś chce ją odwiedzić i polubić to tylko na priv na googlach.
Dede dla Suu Suski, bo zapewne zabijesz mnie po przeczytaniu następnej notki :P


Dziesiątego lipca dwa tysiące dwunastego roku wynajętym przez Kisiela samochodem pojechaliśmy na lotnisko do Babimostu. Musieliśmy wcześnie wstać, ponieważ podróż samochodem trwała około dwie i pół godziny, a samolot miał odlecieć o w pół do siódmej.
Przed terminalem czekały nas dwie osoby. Jasno brązowo włosa kobieta, może mojego i Zuzy wzrostu i o pół głowy wyższy facet. On wyglądał na może trzydzieści lat, a ona na dwadzieścia pięć.
– Ohayoo gozaimasu (jap. dzień dobry (rano) dop. Aut.)– powiedziałyśmy razem, podchodząc do nich, bo oni pewnie nie wiedzieli, że to my jesteśmy Hana i Yuki.
– Yookoso irasshimashita (jap. Witamy serdecznie) – odpowiedziała kobieta, pochylając się do przodu o może trzydzieści stopni.
Mężczyzna także się ukłonił, więc my zrobiłyśmy to samo. Przemek i wujek Tomek wyciągali z samochodu walizki, więc nie mogli.
– Hana-san? – zapytała, a Zuzka skinęła głową. – I Yuki-san?
– Hai (jap. Tak) – powiedziałam.
No dobra nie będę ukrywać, że oglądając Naruto nauczyłyśmy się mówić po japońsku, ale tylko mówić. Chyba, że zapis fonetyczny się liczy.
– Ja nazywam się Sumiko, to jest mój mąż Daisuke. Oboje będziemy wam towarzyszyć w podróży do Japonii. Jesteśmy przyjaciółmi Kishimoto-sama, dlatego wysłał po was akurat nas – cały czas mówiła po japońsku.
– A do jakiego miasta będziemy lecieć? – zapytała Zuzka.
– Wylądujemy na lotnisku niedaleko Osaki, a później pojedziemy samochodem na wschód do Kyoto.
– Aha.
– Kishimoto-sama poinformował nas, że znacie nasz język. Niesamowite jak idealnie wam to wychodzi. I rozumiecie wszystko co mówię? Nie mówię zbyt szybko?
– Tak wszystko rozumiemy i nie mówisz zbyt szybko Sumiko-san – powiedziała Zuza.
– To naprawdę niesamowite.
– Też tak sądzimy.
­– Wiedziałeś, że one to umieją? – zapytał Przemek wujka Tomka.
– Nie, że aż tak dobrze. Dziewczyny, powiedzcie żeby mówili po naszemu.
– Pisałyśmy do Kishimoto-sama, że nasi opiekunowie nie znają japońskiego.
– Tak, wiemy już o tym. Angielski tak? – zapytała Sumiko.
– Tak.
– Daisuke?
– Dzień dobry, panowie – przywitał się Daisuke po angielsku.
– Dzień dobry – powiedział wujek.
– Wreszcie rozumiem – powiedział Przemek.
Zaśmialiśmy się wszyscy.
– Pan jest ojcem? – zapytał Daisuke.
– Tak.
Wujek Tomek jest bardzo wysoki i szeroki w barkach. Ma krótko obcięte czarne włosy jakby zgolone, ale nie całkowicie i ma też czarną bródkę.
Przemek jest dość podobny, tyle że ma trochę brązowe i o kilka milimetrów dłuższe włosy, jest niższy i ma duży brzuszek, ale jest silny i cały czas się z nim biję.
– A pan bratem.
– Taa.
– Przepraszam jeżeli to zabrzmi dziwnie, ale czy moglibyście wymyślić dla siebie jakieś przezwiska? Co prawda znamy wasze imiona, ale ciężko jest nam je wymawiać Wy dziewczęta zapewne będziecie Hana i Yuki?
– Tak – powiedziała Zuza.
– A panowie?
– Mob – powiedział Przemek.
– Wiesz, że to brzmi jak Mop? – zapytałam po polsku.
– Zamknij się blondyneczko.
–Tato – powiedziała Zuzka po polsku. – Wszyscy mówią na ciebie Diabeł.
– No tak.
Teraz zaczęła po angielsku:
– Mój tata to Devil.
– No to już wszystko wiemy.
Zabraliśmy bagaże i przeszliśmy przez terminal na pas startowy. Samolot był biały z dużą czerwoną kropą na środku. Nie był duży, taki dla kilku osób. Prywatny samolot dla Hany i Yuki ^^.
Podróż samolotem trwała ponad osiem godzin. W tym czasie wszyscy spali. Sumiko i Daisuke także. Wylądowaliśmy na lotnisku w Osace jak to mówił Daisuke, a potem siedmioosobowym samochodem z kierowcą pojechaliśmy do Kyoto, dawnej stolicy Japonii.
– Jesteśmy na miejscu – oznajmił Daisuke, jakieś dwie godziny później.
Samochód zatrzymała się na podjeździe przed dwumetrową bramą, ogradzającą dom zbudowany w starym japońskim stylu. Kierowca wyszedł z samochodu i otworzył jedno skrzydło bramy, a my w tym samym czasie wysiedliśmy z samochodu.
Sumiko zniknęła gdzieś, a kierowca otworzył bagażnik i wyciągnął z niego cztery walizki. Czarną, granatową, bordową i fioletową.
Po chwili z domu wyszli dwaj mężczyźni, padli na kolana w ukłonie.
– Takeshi, Yoshiro. Weźcie bagaże i zanieście je do pokoi – powiedział Daisuke po japońsku do mężczyzn.
Dopiero kiedy podeszli bliżej zobaczyłam, że mają najwyżej po osiemnaście lat. Mieli na sobie tradycyjne szaro błękitne kimona odpowiednie dla służby i drewniane japonki jak miał Jiraya.
Kiedy przechodzili koło mnie i Zuzy jeden z nich podniósł na nas wzrok, a ten drugi uderzył go w ramię. Mimo to teraz oboje na nas patrzyli. Kiedy zobaczyli, że na nich patrzymy, szybko obok nas przeszli i złapali za walizki, po dwie dla każdego.
– Kawai!(jap. słodki) – pisnęłam, kiedy ten co pierwszy podniósł wzrok potknął się i prawie wywrócił.
– Hai – powiedziała Zuza, uśmiechając się.
Zaśmiałyśmy się, a chłopak oblał się rumieńcem i szybko pobiegł do domu.
Przed domem był ogród z drzewkami bonzai (japońska sztuka ogrodnicza - dop. Aut.)  i małym strumykiem, przepływającym pod domem.
– Zapraszam do środka – przywołał nas gestem Daisuke.
Ruszyliśmy za nim do środka, a dokładnie do jadalni. Po kilku minutach już siedzieliśmy w pozycji seiza w jadalni przy niskim stole zastawionym wieloma kolorowymi smakołykami, takimi jak Anpan – słodkie bułeczki z nadzieniem z czerwonej fasoli azuki lub Higashi – nieduże, bardzo słodkie ciasteczka o przeróżnych kształtach nawiązujących do pór roku i świata przyrody, najczęściej przygotowywane z masy z cukru, syropu, mąki ryżowej i naturalnych barwników.
Pokój był jasno oświetlony, wyłącznie świecami. Przy stole mogło usiąść tylko sześć osób, a Sumiko już zajmowała jedno z nich. Ja usiadłam obok Zuzy.
– Dobrze, że ćwiczyłyśmy pałeczki, co nie? – zaśmiała się Zuzka, obracając je w palcach jak zawodowy perkusista.
Uśmiechnęłam się, ale nie próbował obracać pałeczkami jak ona, bo wiedziałam, że mi się nie uda.
– Mogłyście mówić, to też byśmy potrenowali – powiedział pan Tomek, próbując złapać pałeczkami kawałek grillowanego mięsa.
– Od dłuższego czasu wiedziałeś, że tu będziemy.
Wyobraziłam sobie na jej twarzy taką emotikonę  „ -.- ”.
– Fakt – powiedział celując w nią pałeczkami.
– Itadakimasu (jap. smacznego)– powiedziałyśmy razem i zaśmiałyśmy się krótko.
Zuzce świetnie szło trzymanie jedzenia pałeczkami. Mi dopiero po kilku próbach udało się zjeść cokolwiek. Najbardziej smakowały mi kulki ryżowe z wodorostem. Wszyscy byliśmy bardzo głodni i zmęczeni, więc zjedliśmy wszystkich smakołyków po trochę i zaraz po tym mieliśmy iść się kąpać i spać.
W czasie posiłku Sumiko gdzieś wyszła i wróciła dopiero po kilkunastu minutach.
– Komenasai, ale musiałam obudzić służbę i przydzielić im obowiązki – wytłumaczyła, oczywiście po japońsku.
– Nie wiemy kiedy spotkacie się z Kishimoto-sama, jak na razie jest zbyt zajęty rysowaniem mangi. – powiedział Daisuke. – Mówi, że nie chce, żeby jego wena sobie gdzieś poszła.
Patrzyłam na nią z niedowierzaniem, a potem razem z Zuzką wybuchłyśmy śmiechem.
– Co was tak bawi Hana-san, Yuki-san? – zapytał Daisuke
Nie mogłam nic powiedzieć, bo krztusiłam się śmiechem. Łzy już płynęły mi po policzkach. Zuza wytarła oczy i odetchnęła głęboko.
– Bo chodzi o to, że… – zaczęła, ale nie mogła skończyć.
– Że Hana tak zawsze mówi, a kiedy jej wena już gdzieś pójdzie to długo nie wraca – dokończyłam za nią z ledwością.
– Dlaczego my się w ogóle z tego śmiejemy? – zapytała.
– My zawsze się z takich głupot śmiejemy.
– Racja.
– Ufam, że już się najedliście – powiedziała Sumiko. Po japońsku rzecz jasna.
Nikt już nie jadł.
– Mhm – powiedziałam.
– Hai.
– Dochodzi piąta w nocy (czasu japońskiego oczywiście dop. Aut.) – powiedział Daisuke – Proszę iść już spać. Służba zaprowadzi was do pokoi.
Sumiko klasnęła w dłonie, a Shoji się rozsunęły. Na korytarzu siedziała dwie kobiety, jedna po około trzydziestki, a druga może dwudziestoletnia. Obok nich siedzieli ci sami dwaj chłopcy, którzy zabrali nasze bagaże.
– Akira zaprowadzi Devil-san do jego sypialni. Nana Mob-san. Yoshiro i Takeshi zaprowadzą Hana-san i Yuki-san.
Wujek Tomek (patrz Devil) nie lubi kiedy jego jedyna córka rozmawia z starszymi chłopcami, ale nie zrozumiał znaczenia imion, więc nie powiedział nic. Pewnie jak już odeszliśmy to dopiero się zorientował, ze to my mamy iść za chłopcami.
– Oyasuminasai (jap. Dobranoc) – powiedziałam ziewając.
Zuza złapała mnie pod rękę i poprowadziła korytarzem za Yoshiro i Takeshim. Przeszliśmy przez wąski korytarz do holu ze schodami do góry, drzwiami do skrzydła dla służby, korytarzem za zakrętem do innych sypialni, gdzie poszli oji (własny wujek, ale Devil nie jest prawdziwym wujkiem Julki) i oniisan (starszy brat). W holu stał też ogromny zegar z ciężkim wahadłem, który nie chodził (Suu Suska, mam nadzieję, że wiesz o do mi chodzi :3 dop. Aut.)

o   No dobra, teraz ty opowiadasz Zuzka.
o   Już ci się znudziło?
o   Nie, ale teraz będzie ważna rozmowa. Twoja i…
o   Wiem z kim rozmawiałam na osobności w pierwszą noc w Japonii.
o   No więc widzisz. Ty najlepiej to opiszesz, bo ja to tylko słyszałam w opowieściach.
o   W sumie to prawda.


Kolejny głupi pomysł wpadł mi do głowy i postanowiłam go wcisnąć, że się tak wyrażę do tego bloga. Końcówka tej notki już o tym mówi. Mam nadzieję Uma, że w końcu napiszesz jakiś komentarz, a nie będziesz mi swoje opinie przedstawiała w szkole -.- Chociaż ich nie musisz wykluczać :3